Skip to content

Skandal Franciszka!

Nie jeden prawomyślny katolik nad Wisłą potknął się o pontyfikat Franciszka. Kolejne papieskie wypowiedzi czy gesty odczytuje jako… skandaliczne! Niekiedy wiara we własną wiarę jest mocniejsza od wiary w Boga i Jego Kościół.

 

Jestem w trakcie lektury „Jezusa” Jamesa Martina SJ. Autor bestselleru (w Stanach i w Polsce) przypomina, że „skandal” to słowo, którego rdzeń tkwi w greckim określeniu wskazującym na kamień, o który można się potknąć: skandalon.

Podejrzewam, że właśnie dlatego wielu rozczarowanych stylem Franciszka, określa kolejne fakty dotyczące papieża jako „skandaliczne”. Oto mieli przed sobą jasną, gładką drogę, którą dumnie i z pewnością sunęli ku chwalebnemu zbawieniu własnemu i innych – aż tu nagle trach, i leżą. Na ich drodze zaplątał się kamień, o który się potknęli. Po prostu: Franciszek okazał się przeszkodą dla (ach, jak to tutaj pasuje!) świętszych od samego papieża.

Lektura bloku materiałów w „Plusie i minusie”, weekendowym magazynie Rzeczpospolitej, to najlepszy tego znak. Papież przestał pasować do czyjejś układanki.

 

1.

Ksiądz Józef Tischner, ćwierć wieku temu pisząc o przyszłości religii nad Wisłą, przewidywał, że zagrożeniem dla Kościoła w Polsce nie będzie sekularyzacja, ale wiara we własną wiarę. Szereg osób zatroskanych o Kościół zwęszyło zagrożenie w pontyfikacie Franciszka, bo styl papieża (nie co innego, ale styl!) nie pasuje do ich własnego wyobrażenia wiary. Dobre jest tylko to, co potwierdza moją jedyno-słuszność.

Żeby jednak nie było, że chodzi o sprawy drugorzędne, własny punkt widzenia należało jakoś zracjonalizować. Jeśli więc papież dopuszcza się rzeczy papieża niegodnych to najwyraźniej… wcale papieżem nie jest. Dzięki temu zabiegowi i wiara we własną wiarę pozostaje niezachwiana (phi, umocniona!), i Franciszek ustawiony w narożniku. Chodzi o wątpliwe dochodzenia watykanisty Antoniego Socciego jakoby Bergoglio został wybrany nieważnie, a zatem pozbawiony asystencji Ducha Świętego (nawet więcej: mógł zaciągnąć na siebie ekskomunikę, Socci podejrzewa bowiem, iż przecieku z konklawe dopuścił się przyszły papież, co jest obłożone powyższą karą).

Skoro więc to nasze jest na górze, teraz papieża należy wypunktować. Działa na pokaz, nie kontroluje tego, co mówi, jest łasy na pochlebstwa mediów, rozmywa wiarę, zwłaszcza gestami wobec muzułmanów i innych wyznań chrześcijańskich, obniża rangę papiestwa, atakuje księży (a nawet senior manager w korpo nie robi tego przed zarządem firmy), skupia się na utopijnych wezwaniach dotyczących ubogich, a ostatecznie – rozwala Kościół od środka. Jak niedawno na łamach katolickiego tygodnika opinii ogłosił zacny autor, zakonnik z tytułem profesorskim, papież wpuszcza do Kościoła lewacką ideologię. W jaki sposób? W kółko wzywając katolików do miłosierdzia. A wiadomo, miłosierdzie to taka zgoda na wszystko. Zgoda na wszystko, to lewactwo. Lewactwo to zło.

Na końcu wielu tych przemyśleń wyłania się postawa, którą najlepiej oddał w swoim tekście w Rzepie Sławomir Cenckiewicz: „Z jakiegoś powodu Pan Bóg utrzymuje Benedykta XVI w niezłym zdrowiu i kondycji. On sam – również z jakichś powodów – zachował przy sobie atrybuty papiestwa”. A więc nie wszystko stracone: nawet jeśli papież się z nami nie zgadza, to i tak zgadza się z nami sam Pan Bóg! (Przypominają mi się napisy kibiców Cracovii na osiedlowych murach, które zapewniały, że Bóg jest zawsze po stronie ich klubu, niezależnie od wygranych Wisły).

 

2.

Każdy kij ma dwa końce. Jedni się gorszą samym Franciszkiem, drudzy się gorszą zgorszeniem pierwszych. Polaryzacja opiera się przede wszystkim na emocjach i na braku doświadczenia rozumowej obrony wiary.

Nie przeszliśmy szkoły dialogu o wierze ani jej sensownej apologetyki – najpierw zabrakło nad Wisłą doświadczenia, jakie przyniosła Reformacja, a następnie wiara, tak kluczowa dla tożsamości narodowej, była jej zwornikiem (zabory, komunizm), ale nie wymagała obrony intelektualnej. Obrońcy wiary musieli dać jej świadectwo własnym życiem, ale przez lata nie było konieczne jej rozumowe uzasadnienie. W efekcie wiara nad Wisłą nie jest dialogiczna. Wspomniany już ksiądz Tischner w latach 70. formułując swój manifest filozoficzny, wskazywał że mimo wielu niedostatków (gdyż na Zachodzie pracują intelektualiści tacy jak Derrida, u nas takiego poziomu brak) Polska ma do zaoferowania swoistą filozofię życia, której twarzą jest święty Maksymilian Kolbe.

Brak dialogiczności wiary w Polsce ma podwójne oblicze. Oburzeni papieżem Franciszkiem nie pojmują, że w Kościele jest możliwa dyskusja (co więcej, że nieraz w burzliwych debatach formułowano katolickie nauczanie, które wcale nie jest zawsze oparte wyłącznie na Piśmie, choć i taki argument pada w tekstach przeciwko Franciszkowi). Postulują jednomyślność, której najlepszym zabezpieczeniem będzie bezmyślność (inaczej, wiadomo, z myślenia zrodzą się pytania…). Oburzeni oburzeniem zapominają z kolei, że od lat nikt nie stawiał polskiej wiary przed próbą jej uzasadnienia. I to nawet w samym Kościele, którego duszpasterstwo skupiło się na rytuałach, a nie na chrześcijańskiej inicjacji. Odlaliśmy formę, która teraz kruszeje i pęka, obnażając coraz bezwzględniej jak pusta może być wewnątrz.

W efekcie jesteśmy gotowi do obrony tożsamości religijnej i wypływającej z niej moralności. Obie te rzeczy są w chrześcijaństwie drugorzędne w tym znaczeniu, że stanowią owoce dojrzałości duchowej. Tymczasem moralność zostaje miernikiem religijności. Bo o religię w gruncie rzeczy chodzi, a więc o wszystkie społeczne, kulturowe, a nawet polityczne zadania, jakie może pełnić w społeczeństwie, a nie o wiarę rozumianą jako doświadczenie Boga, indywidualne i wspólnotowe. Dopiero z doświadczenia duchowego, Pisma Świętego i Tradycji, bierze się chrześcijańska mądrość. I, jak pamiętam z badań socjologicznych na zlecenie Centrum Myśli Jana Pawła II sprzed kilku już lat, tego młodzi Polacy oczekują od Kościoła w pierwszej kolejności: by był przewodnikiem duchowym.

 

3.

Nie da się ukryć, że Franciszek trafia w czułe punkty kleru i religijnych ideologów. Władza, pieniądze, wiarygodność. Papież nie ma więc dobrej prasy wśród samych księży. Zanim do debaty publicznej doszły oburzone głosy publicystów, wśród polskiego duchowieństwa narastał jakiś dziwny szmer, coś jakby coraz większe zakłócenia na linii. Aż wzbierająca gorycz rozlała się niczym lawa (nie chciałbym kontynuować poprzedniej metafory, żeby uniknąć prognozy, że połączenie zostało zerwane). Jan Paweł II był nasz, Benedykt XVI to intelektualista, a Franciszek? Hm, duszpasterz, a może po prostu… pastuch? Poziom lekceważenia papieża jest wysoki.

Ataki na papieża sprowadzają się do wspomnianego już przekonania, że Franciszek rozwala Kościół od środka. Po pierwsze, jeśli jest możliwe rozbijanie Kościoła od środka, to chyba tylko w tych punktach, w których jest skorupą, a nie żywym ciałem. Wtedy szkody nie ma, jest wyłącznie pożytek – ciało się zrośnie i umocni. Po drugie, Kościół jest dla ludzi, ale nie jest tylko ludzki. Kościół jest Kościołem Boga i jednocześnie – jak mawiał ksiądz Jan Kracik – świętą wspólnotą grzesznych ludzi. Bóg nie opuszcza swojego Kościoła. Gwardziści znad Wisły nie muszą go bronić jak twierdzy. Byłoby znacznie lepiej, gdyby potrafili do niego zapraszać. Co stara się robić papież Franciszek.

Poza tym, na szczęście, nie wszystko stracone. Marcin Wicha, znakomity autor, odkrył świętego patrona Polaków, który od dawien dawna – niezmordowanie – towarzyszy nam w każdej niemal sprawie. Jest to Święty Oburz! Za jego wstawiennictwem możemy zanosić przed Boskie oblicze nawet tak święty gniew, jak ten rozpalany w gorących sercach z troski o samego papieża i święty Kościół.

 

 

 

Share This:

One Comment

  1. Ewka Ewka

    Interesujące!

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *