Skip to content

Wybieleni

Jeżeli ktoś całe życie jest nauczony jeść chleb i ten chleb mu się odbierze, to jest nieszczęśliwy – reportaż o parze niesakramentalnej, która zdecydowała się na białe małżeństwo.

 

Reportaż pochodzi z książki ‘Miłość z odzysku’, współautor Maciej Muller, wydawca Znak

 

Zenon: To boli. Wszystkie te duchowe rozterki, żale. Wiadomo, jak się przed kimś wyżalisz, komuś wypłaczesz w rękaw, to lżej na duszy. No i właściwie to stąd się wzięło nasze bycie w duszpasterstwie. Akurat usłyszeliśmy z żoną dzień wcześniej w radiu, że w tym i tym kościele, o tej i o tej będą rekolekcje dla takich jak my. Poszliśmy oczywiście. A potem ludzie się jakoś tak ku sobie mieli, że rozchodzić nam się nie chciało. Właściwie to tak powstało to duszpasterstwo: że zaczęło się od rekolekcji, na nich ksiądz zaproponował, czemu by się nie spotykać co miesiąc.

Na początku ludzie szukali nie tyle możliwości pocieszenia, wtedy to raczej była taka szkoła informacji, jak można unieważnić pierwsze małżeństwo. A potem się to przerodziło w naszą grupę, grupę modlitewną powiedziałbym. Bo każdy jakoś przeżywa to swoje osamotnienie, to odsunięcie od wspólnoty parafialnej. A przecież wiadomo, że jak się bliźni dowiedzą, to bardzo łatwo biorą ludzi takich jak my na języki. I jest tak, że jak kogoś nie bardzo lubią, to w kościele, zdarza się, że i przystępują do spowiedzi, i do Komunii świętej idą, a potem stają obok i słychać, jak szemrają: „Widzisz, widzisz, nie mogą chodzić do Komunii, stoją tam pod chórem, wstydzą się”. No, różnie tak to bywa. Dlatego mówimy, że jak wspólnie odprawiamy różaniec, to że on ma taką moc jak trąby jerychońskie – że zburzy te mury obojętności. W każdym razie te rekolekcje wtedy dużo zmieniły, bośmy potem z księdzem rekolekcjonistą porozmawiali. Że bardzo nas boli to, że do spowiedzi i do Komunii świętej nie możemy przystępować. Zawiła była ta nasza droga do tego spotkania.

 

Agata: Trzynaście lat temu wyjechałam do sanatorium. Zima, pierwszy śnieg, ale za to od razu po kolana. Pociąg się przez to spóźnił całkiem sporo. Bagaże miałam, trochę takich ciężkich tobołów. Musiałam wziąć taksówkę. Już jest wieczór, kiedy wchodzę do sanatorium, melduję się na portierni i dostaję pokój na pierwszym piętrze. A to stare budownictwo, jedno piętro jak dwa nasze teraz. Zmęczona byłam już zupełnie. Doszurałam pod schody i widzę, że na półpiętrze stoi jakiś mężczyzna. Uśmiechnięty, taki pewny siebie, schodzi do mnie: „Pomóc panience?”.

 

Zenon: „Głuptaku ty jeden”, myślałem sobie, no bo wytargałem te torby na górę, pod jej pokój i od razu dałem nogę. Nawet nie zapamiętałem numeru, pod jakim mieszkała. A pokoje były takie pięcioosobowe, więc ludzi mnóstwo. Aleśmy się spotkali. Przy tym samym korytarzu mieliśmy, tak po skosie, nasze pokoje. Śmieję się, że od świętego Mikołaja prezent dostałem, bo to był szósty grudnia, jak się poznaliśmy, poniedziałek.

 

Agata: Wystawał pod moimi drzwiami. Ale i tak najczęściej to się widzieliśmy w toalecie. Dla naszych pokoi była ta sama ubikacja. Męska i żeńska niby, ale to jedno pomieszczenie, przedzielone płytą z dykty, prześwit na dole, na górze też. I głupio było, jak tam człowiek wchodził. Skoro się ciągle mijaliśmy, to zawsze jakaś okazja do krótkiej rozmowy była. I zaczęły się nam te rozmowy przedłużać.

 

Zenon: Jeden z kolegów tak mi mówi: „Słuchaj, chodzisz, chodzisz, to może byś się zaręczył z tą panią”. Takie żarty, wiadomo. No i, jak to się mówi, w formie zabawy kupiłem taki pierścionek niby zaręczynowy i tak się jakoś lepiej ubraliśmy na spotkanie – no, stało się faktem. Ale że się te zaręczyny przerodziły potem w ślub, tośmy tego nie mogli przewidzieć.

 

Agata: Byłam wtedy mężatką.

 

Zenon: Kilka miesięcy wcześniej zmarła moja żona.

 

Agata: Dwadzieścia dziewięć lat… tyle już wtedy trwało moje małżeństwo. A ja po pierwszym roku wspólnego życia wiedziałam, że to był błąd, że nie powinnam była za niego wychodzić, że to nie to. Ale zwodziłam się, że może z czasem będzie lepiej, że może jak dzieci będą, to się ułoży. Nieprawda. Jak są dzieci, to robi się jeszcze gorzej. Bo człowiek jest zdany sam na siebie. Mój mąż to był typ narcyza. W dodatku w ogóle niewierzący w Boga, z czego sobie zdałam sprawę dopiero jakiś czas po ślubie. A w małżeństwie ważne jest zrozumienie i kompromis. Trzeba starać się być dobrym dla współmałżonka, to bardzo ważne. Nie być właśnie takim narcyzem. Bo z takim narcyzem, jak się przeżyje tyle lat, to z człowieka zostaje wrak fizyczny i psychiczny. W sanatorium miałam nadzieję trochę odżyć. Udało się, dzięki Zenonowi.

 

Zenon: Staliśmy się, jak to się mówi, bratnimi duszami. Po prostu wspólne zainteresowania, i teatr, i śpiew – ja śpiewałem w chórze i ona śpiewała. Takżeśmy dochodzili do wniosku, że pasujemy do siebie. Po sanatorium odwiedziny się zaczęły, chociaż mieszkaliśmy na przeciwnych krańcach Polski, szmat drogi. Czasem jakieś kartki sobie słaliśmy. Minął tak może rok, aż trafiłem do szpitala. Operację musiałem mieć, wycinanie kawałka prostaty. Domówiliśmy się, że Agatka, jak się uda, to przyjedzie, bo sam byłem, a wiadomo, jak to człowiekowi trzeba kogoś bliskiego w takich chwilach. Miała na te kilka dni zatrzymać się w moim mieszkaniu.

 

Agata: Zenon leżał w szpitalu trzy miesiące. Jakieś się tam powikłania pojawiły, doktorzy go zatrzymali. Mężowi powiedziałam wtedy, że jadę się opiekować pewnym starszym panem, że spełniam dobry uczynek. A że to drugi koniec Polski akurat, no to nie będę przez jakiś czas zaglądać do domu. No i przeszło trzy miesiące się z tego zrobiły.

 

Zenon: Zazwyczaj koło czternastej przychodziła, codziennie, i dość długo gadaliśmy. Jak już mi się później polepszyło, to mi na kolanie usiadła czy wsuwała swoją dłoń pod moją. Wchodzi kiedyś ordynator i mówi: „Pani to nie będzie mogła tutaj tak długo przebywać, tylko w godzinach wizyt, albo jak nie, to poza oddziałem” – bo tam takie ławki były na korytarzu. „A dlaczego?” „Bo państwo tu siejecie zgorszenie” – mówi podniesionym głosem. Nie wiem, może przez zazdrość, że innych mało kto odwiedzał, to poskarżyli ordynatorowi, że Agatka do późna ze mną siedzi, i to dzień w dzień.

 

Agata: Dowiedziałam się, że w sąsiednim mieście będą rekolekcje dla tak zwanych rozwiedzionych. Zapytałam Zenona, czy sądzi, że powinnam pójść, tak żeby sytuację rozeznać w razie czego. Uzgodniliśmy, że tak. I wyglądało to w ten sposób, że ksiądz cały czas przestrzegał, żeby się z nikim nie wiązać, a jak ktoś już wszedł w związek, no to trzeba się rozstać jak najszybciej…

 

Zenon: Przyszedł proboszcz z wizytą duszpasterską. Pyta, jak sprawy. Ja mu mówię, że długo już nie będę sam, bo jedna pani z dość daleka się rozwodzi i zjedzie tu. On pyta: „Chłopie, po co ci rozwódkę ściągać przez całą Polskę, jak tu masz pełno wdów pod ręką, miłe, i kłopotów w Kościele nie będzie”. I wylicza mi nazwiska z naszego osiedla. „Proszę księdza, tu już za daleko sprawy zaszły”. „No, taka rozmowa to już się nadaje tylko do konfesjonału”.

 

Agata: Po powrocie od Zenona decyzja już zapadła. Starałam się, żeby rozwód był jak najmniej toksyczny. Szybko, krótko i do widzenia. Dwie rozprawy i po fakcie. Nie chciałam nic wyciągać, załatwiać, żeby było z winy męża, dałam spokój. Rozwód był za obopólną zgodą i bez orzekania winy. Potem jeszcze orientowałam się w kurii, czy może jest szansa, żeby stwierdzić nieważność tego małżeństwa, w sumie nie dostałam jednoznacznej odpowiedzi, ale też o to nie walczyłam. Młody ksiądz starał się mnie zniechęcić: „Był ślub w kościele? Były świece? No to co tu mówić, że małżeństwa nie było?”. Odpuściłam.

 

Zenon: Inaczej wyglądała sprawa, jak się tylko odwiedzaliśmy, a inaczej, jak zamieszkaliśmy razem. Bo wcześniej to się człowiek spowiadał z grzechu, jak to się mówi, cudzołóstwa. A jakżeśmy zamieszkali razem, weszli w ten związek niesakramentalny, to zupełnie już inaczej było. Spowiedź i Komunia święta były już nie dla nas. Tośmy wiedzieli. Nie buntowałem się. Szukałem różnych rozwiązań. Jakiegoś usprawiedliwienia, jakiejś drogi ku temu, żeby odeprzeć te argumenty, że może jeszcze jest jakieś rozwiązanie dla takich jak my. Czytałem Katechizm, punkty dotyczące konkretnie małżeństwa, tak samo mam dokumenty Soboru Watykańskiego Drugiego. Ale wszędzie było, że nie ma możliwości. Że jak się popełnia cudzołóstwo, to niestety, ale trzeba się pożegnać z możliwością uczestniczenia w sakramentach.

 

Agata: Tak się złożyło, że mój wnuk akurat wiosną, już po moim rozwodzie i kiedy mieszkałam z Zenonem, miał swoją Pierwszą Komunię. I my nie mogliśmy wtedy przystąpić do sakramentów. To były takie przykre momenty. Ale ogólnie… dla Zenona to była znacznie większa trudność niż dla mnie.

 

Zenon: Jeżeli ktoś całe życie jest nauczony jeść chleb i ten chleb mu się odbierze, to jest nieszczęśliwy. Jak ktoś jest nauczony całe życie chodzić do kościoła i przyjmować Komunię świętą, a w pewnym momencie straci tę możliwość, to jest niedosyt. I żal, że się coś straciło. I jeszcze, jak to wygląda, kiedy na Pierwszej Komunii wnuków nie przystępowaliśmy do Komunii świętej… w dziecku coś się budzi w takiej chwili. Podobnie z pogrzebami. Jest zupełnie inaczej, jak można w pełni uczestniczyć i ofiarować tę Komunię świętą w intencji.

 

Agata: Z jednej strony czułam, jak ważna jest dla niego moja obecność. A z drugiej strony miałam świadomość, że nasz związek przez to, że nie pozwala nam przystępować do sakramentów, strasznie go pod tym względem męczy. Zenon zaczął się czuć coraz gorzej.

 

Zenon: Popadłem w depresję, kiedy już mieszkaliśmy razem. Chodziłem po lekarzach. Trafiłem do pewnej pani psycholog. Tak się spotkaliśmy kilka razy, opowiadam jej, mówię, że jest taka sytuacja, że żyjemy razem, że chcielibyśmy wziąć ślub, no ale że nasze życie razem jest przeszkodą do przyjmowania Komunii świętej. Ta pani tak nad tym się zastanawiała i poradziła porozmawiać z pewnym jezuitą. Rozmawiałem z tym ojcem, ale on doszedł do wniosku, że na swoje sumienie nie może przyjąć poprowadzenia tej naszej sprawy, że muszę poszukać kogo innego.

 

Agata: Decyzja o tym, żeby wziąć ślub, cywilny oczywiście, była ściśle powiązana z decyzją uporządkowania naszej sytuacji w Kościele. Zenon długo szukał, jakie są możliwości wyjścia, ale okazało się, że jest tylko jedna. Pewna nasza znajoma żyła w „białym małżeństwie”. Więc w sumie, jak im się udawało, to może i nam się uda. Ale jednak taki strach, że nie podołamy, ciążył. Te pierwsze rekolekcje dla par niesakramentalnych w naszym mieście i rozmowa z rekolekcjonistą dały taki zastrzyk nadziei.

 

Zenon: Żona jest szesnaście lat ode mnie młodsza. A praktycznie biorąc, jak to się mówi, „białe małżeństwa” są zawierane, no tak mówiąc po ludzku: kiedy ona nie może i on nie może, czyli biologia im pomaga, bo już nie mają jak współżyć. Warunkiem „białego małżeństwa” i przystępowania przez to do sakramentów świętych jest niekorzystanie z tak zwanych kontaktów cielesnych. Natomiast potrzeba dużo poświęcenia, w tym przypadku ze strony mojej małżonki, kiedy jeszcze są siły witalne, a człowiek się decyduje. Wiadomo, ja byłem bardziej posunięty w latach, to i te siły witalne były słabsze – ale były! Zdecydowaliśmy się. Ta decyzja była owocem rozmowy z rekolekcjonistą i podjęciem jej konsekwencji. Wzięliśmy ślub cywilny, ale ustaliliśmy, że on będzie taką naszą granicą. To wszystko się działo, kiedy ciągle miałem, jak to się mówi, dołki psychiczne. Ale dzięki opiece żony i dzięki jej poświęceniu mogłem wreszcie powrócić jako pełnoprawny członek Kościoła katolickiego.

 

Agata: Ciężko było się zdecydować, co tu dużo mówić. Ja się potrafię dostosować do różnych sytuacji, dla mnie to było do przejścia tak bez sakramentów żyć. Ale chodziło o Zenona. On przeżywał depresję, jego stan zdrowia był przez to coraz gorszy. Mówię: „Słuchaj, daj spokój, jeżeli to ma być powód twoich stresów i problemów, to możemy tak zrobić, trzeba się tylko zdecydować”. I wszystko się ułożyło. Teraz czasami to chyba mnie jest trudniej jakoś wytrzymywać. Ale nie żałuję. Nie mam czego żałować. Jest mi tu dobrze. Po co narzekać? Jestem zadowolona, bo mogę sobie iść do spowiedzi, do Komunii.

 

Zenon: Po ślubie poszliśmy do znajomego naszego księdza wikariusza. No i tak rozmawialiśmy znowu o tym wszystkim. Zdecydowaliśmy się, zobowiązaliśmy się. Powiedział, że jeśli teraz chcemy to usankcjonować, to żeby do proboszcza pójść na rozmowę. Wyspowiadał nas. A że teraz to on się spieszy, że Mszę musi odprawić i nas przeprasza. A do nas to, jak to się mówi, nie dotarło. I tak się pytamy: „A to my też będziemy mogli teraz do Komunii świętej przystąpić?”. No i to niesamowite… Także jak można było powrócić do tego normalnego życia w wierze, to była radość. Dalej jest.

 

Agata: Rozmowa u proboszcza była bardzo krótka i rzeczowa. Powiedzieliśmy, że jesteśmy po akcie cywilnym, że jesteśmy przygotowani duchowo i cieleśnie do „białego małżeństwa”, że odbyliśmy już wcześniej odpowiednią rozmowę, a u księdza proboszcza chcemy oficjalnie zaakceptować ten stan rzeczy. „Proszę bardzo”, powiedział ksiądz proboszcz. Wziął kartkę, napisał kilka słów, że Zenon i ja deklarujemy wolę życia jak brat z siostrą. I już, bez ceregieli. To oświadczenie jest dołączone do naszej kartoteki parafialnej. I teraz przy chodzeniu po kolędzie na przykład nie ma już tych wszystkich niepotrzebnych pytań. I nie będzie na pewno żadnych problemów z pochówkiem.

 

Zenon: Nasz duszpasterz od początku podkreśla, żeby korzystać z możliwości Kościoła. Stale powtarzał się motyw, że jest dziesięć przykazań, a nie jedno. Że tym bardziej trzeba starać się dobrze żyć. Szukać drogi. Żeby decydować się na spowiedź z tych pozostałych dziewięciu, jak człowiekowi źle – tylko od razu mówić w konfesjonale, jaka jest sytuacja, a wtedy ksiądz, jak mądry, to i może jakoś tak człowieka podeprze. A oprócz tego jest jeszcze możliwość tej tak zwanej Komunii duchowej. No i jeszcze, że ważne zawsze jest ukierunkowanie, żeby pamiętać o pierwszym małżonku, o dzieciach, modlić się, nie zapominać. Bardzo nam pomaga duszpasterstwo, to świetna sprawa. I tak żyjemy, staramy się żyć, jak to się mówi, w tej wierze, w tej wspólnocie, jakoś czerpać siły do dalszego życia, wiedząc, że nie jesteśmy sami, odosobnieni.

 

Agata: Do sakramentów przystępujemy u siebie w parafii. Nie było sugestii, żeby gdzie indziej. To dlatego, że oprócz dwóch zaprzyjaźnionych rodzin niewiele osób w okolicy zna naszą historię. Chociaż czasami to są i takie sytuacje, że firanki się nie ruszają, a ludzie wszystko widzą. Ale da się tak żyć, naprawdę. Oczywiście, że białe małżeństwo to duże poświęcenie, że jest potrzebna wyrozumiałość. Ale też można się do tego przyzwyczaić. Właściwie to ja już się przyzwyczaiłam, a mija właśnie dziesięć lat, odkąd jesteśmy „białym małżeństwem”. W sumie to była wspólna decyzja. To Zenon zawsze mówi: „Nie może być przymusu. Razem musi być”.

 

Zenon: Wiadomo, ludzie samotni, jak to się mówi, czasem bardzo źle kończą, w taki czy inny sposób. Człowiek dopiero pod koniec życia dochodzi do wniosku, że coś z tego życia stracił, często z własnej winy. Także zawsze trzeba szukać jakiejś drogi wyjścia, jakiegoś oparcia. A to nie bywa łatwe. W tym roku, chwalić Boga, kończę siedemdziesiąt dziewięć lat, i z biegiem czasu do takiego wniosku dochodzę, że czy w domu – człowiek nie może żyć w odosobnieniu, czy w społeczeństwie – też nie może żyć w odosobnieniu. Bo nie tylko musi się karmić Komunią świętą, ale musi się karmić otoczeniem, atmosferą, przyjemnością, bliskością drugich osób. Po prostu, jak to się mówi, człowiek musi żyć w komunii.

 

 

 

Share This:

Be First to Comment

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *