Skip to content

Kogo przeraża małżeństwo

Rozminęli się z istotą problemu biskupi obradujący na synodzie poświęconym rodzinie. Zapomnieli spojrzeć na istotę sprawy, czyli małżeństwo. Cóż, w końcu nie jest ono doświadczeniem żadnego z nich.

 

Zarzuty formułowane pod adresem ojców synodalnych są różne. Obradującym w październiku 2014 roku w Rzymie biskupom wytyka się – z jednej strony – rozwalanie Kościoła od środka, a z drugiej strony ślepotę na codzienne standardy życia chrześcijan. Kopie są kruszone przede wszystkim o zasady regulujące dostęp do komunii świętej dla osób po rozwodzie, które żyją w nowych związkach, a także o stosunek Kościoła do miłości osób homoseksualnych, które są katolikami i wspólnie żyją. Jedna i druga sprawa w narracji komentatorów roztrzęsionych nad moralnością świata jawi się jako zamach na rodzinę, a koniec rodziny to upadek człowieka.

W ogóle nie bagatelizuję realnych zagrożeń ani niczyich szczerych intencji, nawet ludzi bardziej świętych od papieża, których objawiło się przy tej okazji sporo. Ale wygląda to tak, jakby ktoś chciał podtrzymywać ściany domu, w ogóle nie zwracając uwagi na to, że fundament budynku kruszeje. Owszem, wieje wiatr, który chwieje konstrukcją domu, ale do niebezpiecznego ruchu całej budowli dochodzi dlatego, że ściany nie mają już solidnego umocowania. I jest jasne, można podpierać ściany, ale jasne jest też to, że razem ze zmianą warty, te ściany w końcu runą.

O co tak naprawdę chodzi? Rodzina to dom, ale fundamentem w chrześcijańskiej perspektywie jest sakrament małżeństwa. Tymczasem nasi katoliccy biskupi już nieraz rozdzierali szaty ustawiając się w roli obrońców rodziny, ale konia z rzędem temu, kto by znalazł w ich stanowisku właściwą dla Kościoła argumentację. Zastanowienia nad tym, czym jest małżeństwo, jest w tych głosach jak na lekarstwo. Kiedy księża bronią rodziny, to w gruncie rzeczy bronią określonego porządku społecznego i utrwalonych rytuałem w zachodniej kulturze form wspólnego życia osób.

Pierwszym mentalnym krokiem, jaki trzeba wykonać, jest zrozumienie, że rodzina bierze się z relacji dwóch osób, a w świetle teologii katolickiej – z relacji trzech osób. W momencie zaślubin kobieta i mężczyzna dają sobie słowo życiowego zobowiązania, niezależnego od późniejszych okoliczności, a siłę do jego wypełnienia otrzymują od Boga, którego zaprosili do swojej relacji. Ksiądz jest podczas ślubu wyłącznie świadkiem, a nie, jak w przypadku innych sakramentów, szafarzem. Ślubów małżeńskich udzielają sobie sami małżonkowie wobec Boga. Drugim krokiem jest wobec tego uznanie, że małżeństwo jako sakrament i małżeństwo jako instytucja społeczna nie muszą tworzyć zbioru w pełni tożsamego. Kto polega wyłącznie na własnym słowie i własnej sile, nie musi – na zasadzie ‘bo taki jest zwyczaj’ – stawać przed ołtarzem, a kto go tam popycha, lepiej niech cofnie rękę, i to dla dobra samych zainteresowanych. Trzecim krokiem jest wobec tego przyjęcie do wiadomości, że biskupi nie są właścicielami słów. Zamiast walczyć na oślep w obronie rodziny, warto najpierw zrozumieć, skąd się ona bierze i czy wylewany pod nią fundament – małżeństwo – jest dość mocne. Na synodzie chyba zbyt wiele uwagi temu rdzeniowi nie zostało poświęcone.

Kiedy przed kilkoma laty razem z Maćkiem Mullerem pisaliśmy książkę o związkach niesakramentalnych to mnie uderzyło najbardziej. Bohaterowie naszych reportaży mieli dojmującą świadomość, że do ich sakramentalnej przysięgi nie powinno było dojść, że wręcz przez swoją ignorancję wobec roli przysięgi katolickiej, niepotrzebnie wystawiali cierpliwość Pana Boga na próbę. O tym zresztą kilkakrotnie mówił jasno Benedykt XVI: nie jest problemem stwierdzanie przez kurialne sądy nieważności małżeństwa, lecz problemem jest to, że przyszli małżonkowie nie są wystarczająco przygotowani od strony duchowej (ale też psychologicznej) do tego, by wprowadzić w swoją relację Boga.

Tymczasem księża zdają się cieszyć z bezmyślnego zawierania ślubów kościelnych. Na odtrutkę warto wskazać słynny przykład jednego z zakonów, który w ramach przygotowań przedmałżeńskich zniechęca uczestników do złożenia obietnicy przed ołtarzem. Prawdziwy jest przecież wciąż powtarzający się przykład ślubnych priorytetów, w których sala, muzyka i menu są ustalane na wiele miesięcy wcześniej niż kwestie związane z samym ślubem, a data tegoż ślubu dostosowana do terminarza domu weselnego. Oczywiście, że młodzi małżonkowie chcą świętować. Pytaniem pozostaje, ile z tych par tak naprawdę wie, co świętuje? Lepsze zrozumienie i docenienie duchowości małżeńskiej jest dla Kościoła, i tu w Polsce, i w każdym innym zakątku globu, priorytetem. Jeśli fundament będzie lichy, nie powstanie na nim żadna katedra. Ale chyba póki co temat duchowości małżeńskiej przeraża niektórych, i to nie tych, po których można by się tego spodziewać.

 

Tekst był przeznaczony do numeru magazynu mobilnego W Punkt, który niestety przestał się ukazywać.

 

 

 

Share This:

Be First to Comment

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *