Skip to content

Zakonnice wstępują nie wiadomo po co

Abramowicz

To moja główna wątpliwość pod adresem książki Marty Abramowicz „Zakonnice odchodzą po cichu”. Autorka pokazuje nam bohaterki i ich losy, nie stawiając pytania o pierwotną motywację, która sprawiła, że znalazły się w zakonie.

Wiem, że jedni książką się zachwycają; zwykle wtedy, gdy tekst wpisuje się w ich przekonania. Opisane przypadki osób są przecież jak dowód z życia, że Kościół instytucjonalny jest opresyjny i archaiczny. Wiem też, że inni tę książkę lekceważą; zwykle wtedy, gdy wyobrażenie o tekście wystarczy im do wyrobienia sobie zdania. Fakt, iż wydawcą jest Krytyka Polityczna wystarcza im, by podważać wartość publikacji. Ale najważniejsze jest to, że ludzie tę książkę czytają. „Zakonnice odchodzą po cichu” to bestseller. Dlaczego?

Marta Abramowicz zaprasza swoją książką w nieznaną krainę. Łamie społeczne tabu. Nie tylko uchyla drzwi do skrywanych przed gapiami zasad zakonnego życia i trudnych relacji panujących we wspólnotach. Na światło dzienne wyciąga też spychane w cień losy kobiet, które opuściły mury żeńskich zgromadzeń. Dawka adrenaliny jest więc podwójna. Przytaczane obrazy nie pozostawiają wątpliwości: reguły stosowane dla samych reguł, demon władzy szalejący w ciasnych umysłach przełożonych, całkowity brak więzi pomiędzy osobami żyjącymi pod jednym dachem. Poza tym wypieranie własnej seksualności, duszenie wszelkich przejawów życia emocjonalnego, absolutyzacja religijnego rytualizmu.

Tekst – dosłownie: los bohaterek tekstu – potwierdza te wyobrażenia.

Marta Abramowicz wyruszyła… w sobie nieznaną krainę. Wykazała się umiejętnościami reporterki. Dotarła do trudno dostępnych bohaterek i potraktowała je z empatią. Ale inne kwestie Marta Abramowicz odłożyła na bok. Są nimi osadzenie bohaterek i zrozumienie ich losów w kontekście całego epizodu zakonnego, czyli począwszy od poczucia powołania, przez jego rozeznanie i wreszcie decyzję o podjęciu formacji. Zabrakło też próby zrozumienia wewnętrznej logiki instytucji Kościoła, na poziomie idei (teologia) i organizacji. Książka ukazując się w Krytyce Politycznej mogła przez sam ten fakt wzbudzać podejrzenie.

Tekst – dosłownie: narracja Autorki tekstu – potwierdza także te wyobrażenia.

Piszę o tym po to, żeby jasno pokazać, iż każda ze stron może uzasadnić swoje racje, nawet jeśli są one obarczone przedzałożeniami. Piszę też o tym po to, żeby samemu wyjść poza te ramy. W takim razie: dlaczego przeczytałem „Zakonnice odchodzą po cichu” i co mi z tej lektury zostało?

Najpierw szczere zdziwienie. Marta Abramowicz boleśnie zderzyła mnie z faktem, że w gruncie rzeczy… nie znam zakonnic, choć mam na przykład wielu znajomych księży. Przypomniała mi, że na poziomie kultury instytucjonalnej zakony mają do nadrobienia plus minus jeden wiek. Wydobyła z mojej pamięci wspomnienie o katechetce, która w dwóch ostatnich latach mojej szkoły podstawowej nie mówiła zbyt wiele o Ewangelii (mając zresztą na imię Ewangelina), ale aż nazbyt skutecznie wprowadzała nas w seksualność młodocianych ciał, rozbijając wychowawcze tabu. Uzmysłowiła mi też, że zakonnice i ich rybi głos zastępowany nawet przez głos życzliwych im mężczyzn, kapłanów i zakonników, nadal pozostaje niemy.

Zdarzyło się tak, że w czasie lektury pracy Marty Abramowicz miałem kontakt z Jolantą Glapką, świetną zakonnicą, nad której książką „Siostra na krawędzi”, przygotowaną wspólnie z Agatą Puścikowską, ostatnio wydawniczo pracowaliśmy. Siostra Jolanta jest późnym powołaniem, psychologiem, osobą twardo stąpającą po ziemi. Siostra Glapka jest przeciwieństwem większości bohaterek Marty Abramowicz. Czy coś z tego wynika?

Przede wszystkim nasuwa się myśl, że być może właściwe byłoby stwierdzenie nieważności ślubów zakonnych analogicznie do przypadku sakramentu małżeństwa, gdy jedna ze stron była niedojrzała emocjonalnie lub nieświadoma konsekwencji. W tych latach ukrytych – bo Abramowicz nie porusza kwestii motywacji i powołania (lub robi to sporadycznie i powierzchownie) – tkwi zapewne druga część prawdy o odejściach zakonnic. Zakonnic, które odchodzą z pewnego miejsca, ale nie wiemy – od czego odchodzą? Co zdecydowało o ich pierwotnym wyborze? Kilka tropów, które da się wyśledzić w książce, sugerują raczej niedojrzałość emocjonalną, obciążenie sytuacją rodzinną czy pewne typy osobowości podatne na relacje hierarchiczne lub wręcz przemocowe. To nie oceny, ot, zwykły ludzki los, który czy w zakonie, czy w małżeństwie niesie podobne konsekwencje.

ps. Ciekawe, jak ta książka jest czytana w zakonach i przez duchownych… Może przegapiłem, ale póki co nie trafiłem na recenzję pisaną z perspektywy Kościoła. Kto się takim brakiem zainteresowania i wyrażenia opinii zdziwi?

 

Marta Abramowicz „Zakonnice odchodzą po cichu” Krytyka Polityczna 2016 >>>

 

 

Share This:

Be First to Comment

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *