Skip to content

Zmysł i stan nijaki

241H

Jeżeli więc grzesznik sam nie umie nazwać po imieniu zła, którego dokonał, a jest to zło publiczne, to musimy jako Kościół wyznać na głos tę winę za niego. Tak robił starożytny Kościół. A potem nakładano publiczną pokutę – bp Andrzej Czaja.

Kiedy media obiegł nius, że abp Juliusz Paetz będzie koncelebrować Mszę świętą podczas obchodów 1050 rocznicy chrztu Polski… No więc było wiadomo, co się stanie. Nie mam do tego słów komentarza. Przywołuję za to mądre słowa – i jednoznaczne – biskupa Andrzeja Czai. Dziękuję Biskupowi, że już dwa lata temu dał temu tak jasny wyraz. Rozmowa zaczyna się od fragmentu wypowiedzi Biskupa, w którym pojawia się zmysł Ludu Bożego, kluczowy dla dalszych opinii.

 

W Kościele wzajemnie dopełnia się asystencja Ducha Świętego, jaką cieszy się papież czy kolegium biskupów i cały Lud Boży w postaci zmysłu wiary, co Sobór Watykański II wyraźnie dowartościował. Przeto, kiedy mamy w Kościele problemy z rozeznawaniem, trzeba wołać o światło Bożego Ducha i nasłuchiwać jego podszeptów i natchnień. Ponadto, kiedy pasterze mają problemy w tym względzie, powinni posłuchać Ludu – nie jednostki, ale całej wspólnoty – dać posłuch zmysłowi wiary.

 

Takie przypadki nie tylko „słuchania”, ale w ogóle „wyrażania” sensus fidei przez sam Lud mają dzisiaj miejsce?

Lud Boży mówi z Bożego Ducha wielokroć bardzo mądrze. Kiedy trwała sprawa z krzyżem postawionym przed Pałacem Prezydenckim po katastrofie smoleńskiej, w pierwszej reakcji padały słowa: „Nie my go wystawiliśmy, więc to nie nasza sprawa tylko sprawa polityczna”. Faktycznie taki był kontekst, ale Krzyż to nasze godło. I wówczas opinia Ludu Bożego wybrzmiała jednoznacznie: „Dlaczego biskupi nie bronią krzyża jaśniej, z większym zaangażowaniem?” Prawdą jest, że znak naszej wiary został w tym przypadku potraktowany narzędziowo w celach politycznych. Ale tym bardziej, jak mogliśmy nie bronić  krzyża przed takim zawłaszczeniem i manipulacją? Dzisiaj jest to łatwo stwierdzić i tę lekcję trzeba dobrze zapamiętać. Natomiast w tamtych dniach jakże ciężko było rozeznać. I właśnie ta sytuacja dobrze pokazuje, jak powinniśmy się nieraz bardziej wsłuchiwać w sensus fidei Ludu Bożego.

 

Może więc głos Ludu Bożego dał się też słyszeć podczas niedoszłego ingresu na metropolię warszawską arcybiskupa Stanisława Wielgusa. Hierarcha zrezygnował z przyjęcia funkcji w ostatniej chwili, choć znacznie wcześniej rozpętała się publiczna burza dotycząca jego kontaktów ze Służbą Bezpieczeństwa.

Trzeba powiedzieć, że sprawa arcybiskupa Stanisława Wielgusa, posądzanego o przekazywanie informacji personalnych SB w zamian za wymierne korzyści, jest dla wielu wiernych w Polsce zgorszeniem. Jego grzech został bowiem upubliczniony. Nie nałożono jednak publicznej pokuty, po wypełnieniu której mógłby zyskać status biskupa w pełni pojednanego z Kościołem. Taka była praktyka pierwotnego Kościoła wobec upadłych w czasie prześladowań, gdy publicznie zaparli się wiary.

 

O czym Ksiądz Biskup mówi? Jaka pokuta, skoro nie wyraził skruchy?

Wiele podpowiada nam tu przykład Kościoła pierwszych wieków. Kierował się on odwieczną zasadą, że nie chodzi o to, aby grzesznika piętnować, lecz o to, żeby grzesznikowi pomóc wstać. Jeżeli więc grzesznik sam nie umie nazwać po imieniu zła, którego dokonał, a jest to zło publiczne, to musimy jako Kościół wyznać na głos tę winę za niego. Tak robił starożytny Kościół. A potem nakładano publiczną pokutę. Po jej odbyciu, wyrażeniu skruchy i prośby o przebaczenie grzesznik mógł w pełni wrócić do wspólnoty Kościoła. Uważam, że mamy tu sobie trochę do wyrzucenia. Te niedokończone sprawy (np. sprawa arcybiskupa Juliusza Paetza) ciągle wracają, kładą się cieniem na życie i postrzeganie Kościoła. Nie pomaga się też konkretnemu człowiekowi, by mógł naprawić swoją zaburzoną relację z Kościołem.

 

Przecież nadal nie wiemy w obu przywołanych przypadkach, o jaką konkretnie, czyli udowodnioną, winę chodzi.

Myślę, że w przypadku arcybiskupa Paetza grzech został nazwany po imieniu wystarczająco jednoznacznie. O winie arcybiskupa Wielgusa niewiele można powiedzieć, nie została jasno orzeczona. Dość zaskakująco ucięto sprawę po tym, jak nie dopuszczono do jego ingresu. Na dziś stan, w jakim obaj hierarchowie znajdują się w Kościele jest nijaki, a dla wiernych bardzo nieczytelny.

 

Stan jest taki, że arcybiskup Wielgus otrzymał jubileuszowe życzenia od papieża Benedykta. Choć to korespondencja zwyczajowa, wierni są tym poważnie zgorszeni.

Jak rzekłem, w moim przekonaniu sprawa nie jest dokończona. Nie umiem jednak o niej powiedzieć nic więcej. W każdym razie dotykamy tu takiego wymiaru wspólnotowości, który jest bolesny, ale który nie może nas w Kościele paraliżować. Z grzechem w Kościele musimy sobie jednoznacznie i przejrzyście radzić, nazywać grzech wprost po imieniu. Natomiast grzesznika w Kościele musimy podnosić, a nie potępiać.

 

To piękna zasada, czy nie stoi w sprzeczności z ludzką sprawiedliwością? Wierni ze zniesmaczeniem obserwują, jak wobec przekraczającego prawo lub godzącego w dobre imię Kościoła kapłana nie są wyciągane konsekwencje cywilne, ani nawet kanoniczne. Za to w ramach kary przenosi się go z parafii na parafię.

Formalny sposób postępowania zależy w takich sytuacjach od ustawodawstwa państwowego. Jeżeli nie ma nakazu zgłaszania cywilnemu wymiarowi sprawiedliwości zanotowanego wykroczenia, a ofiara zgłaszająca oczekuje ukarania sprawcy i jednocześnie dyskrecji, to nie widzę powodu, żeby przełożony oskarżonego zgłaszał sprawę policji.

 

Rozmowa pochodzi z książki Szczerze o Kościele >>>

 

foto z serwisu gratisography.com

Share This:

Be First to Comment

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *